Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REPORTAŻ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REPORTAŻ. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 grudnia 2012

Coraz bliżej święta...


Ciężarówka z Coca-Colą ruszyła. Na głośnikach Melanie Thornton. Trasa dobrze znana. Jak co roku zmierza do naszych telewizyjnych odbiorników. Mimo, że zima po raz kolejny zaskoczyła drogowców, ta pokonuje swoją drogę bezproblemowo. Może dlatego, że wyjechała wcześniej? Dużo wcześniej. Za wcześnie. Po co czekać do grudnia? W końcu coraz bliżej święta! Nie ma co się ociągać! Tym razem przywozi nam coś nowego - ogromną paczkę. Do niej przyczepiona kartka: Dla tych, którzy nie wierzą. Otwieramy. Oczom ukazuje się ogromny mikołaj. Ma nas przekonać, że razem możemy zrobić coś magicznego. Generalnie wszystko w porządku. Pomysł jest, przekaz jest, uśmiech na twarzy jest. No to gdzie jest problem? Szybkie wygooglowanie. Data publikacji - listopad. Mamy odpowiedź. Ale spokojnie. To jeszcze nie koniec. Powoli mikołaje zaczynają prześcigać się, który da więcej za mniej. Jak więcej za mniej? Jak to mikołaje? Przecież on jest jeden! Teraz drogie dzieci rozczaruje was. Niestety nie. Nie ma grubego pana z długą, białą brodą. Pana, który nosi czerwone ubranie i nocą zakrada się przez komin, by dać prezent. Obecnie jest tylko marketingowym wymysłem. Każda firma ma swojego poganiacza reniferów, a jak to w życiu bywa, nie ma nic za darmo.

Pozostając przy tej tematyce, śmiało można stwierdzić, że święta wiążą się z corocznymi tradycjami, ale nie tymi jak dwanaście potraw, sianko pod obruskiem czy wspólne odśpiewanie przybieżeli do Betlejem. Chodzi o tradycje, które narzucają nam media. Ciężarówka już w trasie. Ale to nie tylko reklamy są wyznacznikiem udanych świąt. Bożonarodzeniowe kino czas zacząć. Co nowego? Kevin sam w domu. Kiedy ja to oglądałem? Rok temu. O! Dwa, trzy, cztery lata temu też. Cóż za różnorodność! Jednak z tego co pamiętam, to emitowany był w Wigilię. A teraz w listopadzie? Falstart po raz kolejny. Świąt jeszcze nie było, a Kevin już tak. No nic. Pozostanie nam obejrzeć setny raz Szklaną pułapkę z wiecznie młodym Brucem Willisem. Dobra. Przeskoczmy na inny odbiornik - radio. Odpalam. A tu co? W głośnikach rozbrzmiewa Wham i ich kultowe Last Christmas. Osobiście lubię ten kawałek, ale ile można to puszczać. To staje się nudne. Nudne, aż kiczowate. To tak, jakby bez tego miało nie być świąt. Wyłączam.

Czas spojrzeć, jak sytuacja ma się za naszymi oknami. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to ulice. A co w nich takiego szczególnego? No jak to co?! Oświetlenie. Miliony lampek mieni się nad naszymi głowami. Teraz wiem, gdzie podziały się pieniądze podatników. Mniejsza. W końcu mamy poczuć magię zbliżających się świąt. Musi być na bogato. Jedyne co czuje to, zawroty głowy od tego oczopląsu. Dobra. Chodźmy dalej. Rynek miasta. A tu co? Na powitanie ogromna choinka. Wygląda przyzwoicie. Ubrana z pomysłem. Podoba mi się. Krok dalej i  ratusz. No tu już przesada. Wali kiczem na odległość. Kogoś poniosła wyobraźnia. Dalej lodowisko i chmara łyżwiarzy jak co roku. W zasadzie nigdy nie jeździłem. Może w tym roku spróbuję. Dobra. Uciekamy stąd. Zajrzyjmy do galerii. Żeby nie było za pięknie, tu też kolosalna choinka. Lampki w każdym sklepie. Do tego masa ludzi. Co oni tu robią? A no tak! Świąteczne zakupy czas zacząć. Trzeba kupić prezenty. Teraz będzie cyrk. Każdy się zastanawia, co wybrać. Przechodząc obok słychać: Trafimy z podarunkiem czy nie? A jeśli się nie spodoba? Ciekawe czy można oddać. Za drogie! Daj spokój, itd. Mam tego dość. Co roku to przechodzę. Wychodzimy.

Skoro wszystko ładnie, pięknie wystrojone. Choinka ubrana, prezenty zakupione, to przenieśmy się w przyszłość. Stop. Zatrzymajmy się na 24 grudnia. Wigilia. Od rana przygotowania. Gotowanie, pieczenie, pichcenie. Nie obędzie się bez kłótni. Wieczorem i tak przyjdzie czas pojednania przy wódce. Zapomnieliśmy o karpiu. Kilka rundek do sklepu. Czas mija. Wieczór. Przysłowiowe dwanaście potraw czeka już na stole. Wszystko przygotowane. Zjeżdża się cała rodzina. Pierwsza gwiazdka i siadamy przy stole. W końcu przyszedł czas. A na co? Na powtarzające się utarte schematy, nieszczere życzenia, łamanie opłatkiem a następnie suto zakrapianą kolację. Zapominamy o kolędach. To już mało istotne. Wypiliśmy trochę, to możemy podyskutować. Polityka! To będzie najlepszy temat. Chwilę później pokłóćmy się. Co z tego, że święta to czas pojednania. Papieros - trzeba ochłonąć. Zbliża się 23:30. Najwytrwalsi, tzn. najtrzeźwiejsi, ruszają na pasterkę. Trzeba się pokazać raz na rok. Niech widzą. Jasełka, kazanie, komunia. Tylko nie chuchać bo wstyd. Koniec. Czas do domu. Wracamy.

Cały czar świąt już prysł. Gdy było się małym, wszytko było takie fajne, takie wręcz magiczne. Wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki, czekaliśmy na rodzinę, którą widzimy raz w roku. Otrzymywaliśmy prezenty, tak długo wyczekiwane. Śpiewało się wspólnie kolędy, zasiadało do stołu, nie zdając sobie sprawy, że w ten cudowny dzień można zalać robaka. Patrząc z perspektywy osoby, która weszła w dorosłe życie nie jest tak pięknie. Dostrzegamy problemy. Cała magia dawno się skończyła. Wybór prezentu nie należy do najłatwiejszych, często występują nieporozumienia. Tak samo podczas świąt. Kłócimy się o bzdury. Nie potrafimy czasem wyciągnąć ręki na pojednanie, bo duma nam nie pozwala. Raz do roku mamy okazję spotkać ludzi, którzy są dla nas ważni. Pamiętajmy o tym. Cały okres przedświąteczny powinien potęgować zbliżające się Boże Narodzenie. Jednak rusza zdecydowanie za wcześnie. Nie pokazuje już tego, jak piękne mogą być święta. Staje się siłą marketingu. Ludzie! Obudźmy się! A i jeszcze jedno. Żeby już w listopadzie wieszać lampki, ubierać choinki i męczyć nas reklamami. Przesada. To nie są święta. To jest kicz.
                                                                                   
Łukasz Matusiak

środa, 12 grudnia 2012

Kierowca z czarnego audi


Noc- nie wiem dlaczego, ale zawsze lubiłem jeździć samochodem w nocy. Drogi śliskie, coś posypane, ale pod spodem i tak czysty lód. Sypie świeży śnieg. Temperatura? Jak na zimę przystało: -7 stopni. -Najgorzej więc nie jest- pomyślałem. Nowiuteńkie „zimówki”, prędkość dostosowana do warunków panujących na drodze – 90km/h, wystarczy. Nie spieszy mi się nigdzie, chociaż do celu daleko. Moi towarzysze podróży śpią, taki zwyczaj. „Złote Przeboje” na 35% głośności, RedBull w „kapholderze” i sen niegroźny po kilkugodzinnym kimaniu w ciągu dnia. Droga krajowa numer 1, na której aktualnie się znajduje, nie jest jakoś specjalnie ruchliwa w nocy. Raz na jakiś czas mijam samochód z naprzeciwka. Od czasu do czasu spotykam też kierowcę, dla którego jadę za wolno. -Wariat- mówię pod nosem. Trzydzieści kilometrów dalej znak, stacja za pięć kilometrów, krótkie spojrzenie na poziom paliwa i decyzja o zatrzymaniu się. Tankuję, płacę, staje na parkingu przy stacji. Prostuję kości, piję kawę zakupioną chwilę wcześniej i odpalam papierosa. Dziesięć metrów ode mnie stoi czarny samochód, na oko bardzo szybki i nieziemsko drogi. Przy samochodzie stoi dwóch mężczyzn. Kłócą się, bardzo. Po chwili jeden z nich wsiada i odjeżdża- równie szybko jak podejrzewałem. Trzy zdania z pozostawionym facetem dały mi do zrozumienia, że nie mogę go zostawić na tym mrozie.


Marek, tak miał na imię mój nowy współpasażer. Nie był śpiący, więc zajął miejsce na przednim fotelu pasażera. Jechał podobnie jak my, do Krakowa. Jego brat (kierowca superszybkiego samochodu, który odjechał bez Marka) wkurzył się, że Marek chciał prowadzić. Dlaczego? Krzysiek (brat Marka) był pod wpływem narkotyków. Na postoju spalił jointa. Marek powiedział, że nie pojedzie z nim, po czym brat wsiadł i odjechał. Byliśmy przed Częstochową, kręta droga, potwornie śliska, na dodatek piaskarki nie nadążały sypać świeżo spadającego śniegu, przez co nawierzchnia bardziej przypominała wyjeżdżone lodowisko niż drogę dla samochodów. Wielokrotnie z kolegami śmialiśmy się, że łyżwy, które trzymaliśmy w torbach hokejowych w bagażniku, zapewniłyby nam większe bezpieczeństwo niż samochód, którym się poruszamy. Zwolniłem, do sześćdziesiątki. Szybciej jechać po prostu się nie dało. Wjeżdżając do Częstochowy postanowiliśmy zatrzymać się na śniadanie. Konsumpcja fast-foodowych hamburgerów zajęła nam 10 minut, spaliliśmy po papierosie i wsiedliśmy do samochodu. Odpaliłem silnik, w lusterku zobaczyłem znajomy samochód. To był Krzysiek, brat Marka. Mój świeżo upieczony kolega wysiadł na konfrontację z bratem. Ten nie chciał za długo z nim rozmawiać, rzucił tylko krótkie, ale jednoznaczne, ostrzegawcze - powodzenia. 



Wróciliśmy na trasę, warunki się polepszyły. Przestał padać śnieg. Temperatura na Śląsku nie rozpieszczała jednak zanadto. -9 stopni o 11 rano to nie jest temperatura marzeń. Droga z Częstochowy do Sosnowca jest wzorowa, jak nie w Polsce. Dwa pasy w każdą stronę, szerokie pobocze i znikomy ruch. Dalej jednak cholernie ślisko. Kamil i Bartek (moi początkowi współpasażerowie, najlepsi przyjaciele) na tylnej kanapie zrobili sobie kasyno, nawzajem przekrzykując się, który ma lepsze karty. Ich humor zaczął dopisywać także i mi, chociaż w głowie miałem ciągle „Powodzenia”, rzucone na odchodne przez Krzyśka. Co to mogło znaczyć? – moja ciekawość nie dawała za wygraną. W wewnętrznym lusterku zobaczyłem czarne audi, znajome. Krzysiek gnał chyba tyle, ile fabryka dała. Momentalnie nas wyprzedził. -Idiota! - wypaliłem głośno. Marek zamarł z przerażenia. Jego brat tuż po wyprzedzeniu nas zaczął hamować. Zatrzymał się. Zwolniłem i bardzo, bardzo powoli przejechałem obok jego samochodu, spoglądając prosto w oczy kierowcy, najgłębiej jak tylko dało się przez oddzielające nas szyby. Zobaczyłem spojrzenie, o którym wiedziałem, że pozostanie w moich wspomnieniach do końca życia. Tyle złości i zdenerwowania, które ukazywały oczy Krzyśka nie widziałem w żadnych oczach, nigdy wcześniej. 



Pojechaliśmy dalej, warunki lepsze to i prędkość trochę wyższa. Setka, uznałem że tak będzie najrozsądniej. Rozmawiamy, ale już bez przesadnej radości w głosie, każdy z nas widział co zrobił chwile wcześniej Krzysiek. Po przejechaniu kilku kilometrów znów w lusterku zobaczyłem czarne audi. Jechało za nami, na prawym pasie. Zbliżało się z ogromną prędkością. Nie miałem wyjścia, trzeba było uciekać na lewą stronę drogi. Kierunek, lusterko i zmiana pasa, Krzysiek nie miał zamiaru wcale nam odpuścić. Przez moją głowę w ciągu sekundy przepłynęło tysiące scenariuszy, jak się zachować. Zwolniłem. On też. Przejechałem, on zaczekał. Odjechaliśmy może 500 metrów. Ruszył, rozpędził się. Tym razem nie miałem już gdzie uciekać. Wiedziałem co się stanie, wiedziałem że Krzysiek zatrzyma się dopiero na naszym samochodzie. Zacząłem więc hamować, żeby maksymalnie zminimalizować siłę uderzenia. Strach w oczach moich współpasażerów, strach panujący w mojej głowie i nagle huk, potężny huk nieporównywalny do żadnego, które słyszałem w swoim dotychczasowym życiu.



Siła uderzenia zepchnęła nas do rowu, tyle pamiętam…





Obudziłem się w katowickim szpitalu, jak się później okazało – tydzień po zdarzeniu. Moi rodzice byli przy mnie. Płakali, strasznie płakali. To były łzy szczęścia. Wszystko mnie bolało. Czułem każdą kość i każdy mięsień w swoim ciele. Pierwsze słowo, które wypowiedziałem:   "przepraszam", zapamiętam do końca życia. Moi rodzice tylko się zaśmiali odpowiadając, że nie mam za co. Obchód, stan zdrowia – cytując popularne ostatnio stwierdzenie „ch*jowo, ale stabilnie”. Złamane trzy żebra, silny wstrząs mózgu, złamana ręka, zerwane więzadła w kolanie, dziesiątki siniaków na całym ciele. -Masakra - pomyślałem. Nie zdążyłem nacieszyć się obecnością wśród żywych, jak odwiedzili mnie panowie z komendy policji…



Przedstawili się, wyjęli blachy i zapytali, czy mogą porozmawiać. -Oczywiście - odpowiedziałem. Jeden z nich powiedział mi, że w wypadku straciłem dwójkę najlepszych przyjaciół. Obaj zmarli na miejscu. Nie mieli podobno żadnych szans, z ich słów wynikało, że ja również powinienem zginąć. W tym wypadku nie miał prawa przeżyć nikt. Z samochodu nie zostało nic, zupełnie. Roztrzaskał się w strzępy na drzewie. Kamil, Bartek i Marek zostali w środku. Ja wypadłem przez przednią szybę. Jak to się stało?!- zapytałem policjantów z przerażeniem. Okazało się, że zawiódł system pasów bezpieczeństwa, które w momencie uderzenia pękły. Efekt? Złamane żebra i lot przez szybę. Przeżył jeszcze Krzysiek. Nie dość, że był pod wpływem marihuany to jeszcze miał prawie promil alkoholu w wydychanym powietrzu.


Ludzka głupota, zawiść, nieodpowiedzialność odebrały mi dwójkę najlepszych przyjaciół!    
A winowajcy brata, jak się okazało, jedyną osobę, która pozostała mu na świecie. Rodzice Krzyśka i Marka zginęli miesiąc wcześniej w wypadku. Bardzo podobnym wypadku. Naćpany i pijany kierowca zajechał drogę ojcu chłopaków. W samochodzie jechała jeszcze matka i… Marek. Krzysiek za całą sprawę obwiniał właśnie Marka. Twierdził, że to była jego wina,
że mógł coś zrobić. Na własnym przykładzie mogę teraz powiedzieć, że nie mógł. 


Krzysztof R., trzy miesiące później został skazany na dożywotnią karę pozbawienia wolności za potrójne zabójstwo. Prokuratura na podstawie zeznań moich i świadków zakwalifikowała zdarzenie jako zabójstwo, ku mojej uciesze. 



Od wypadku minęły 3 lata, do tej pory nie potrafię wsiąść za kierownicę samochodu. Za każdym razem wsiadając, w lusterku, nawet na parkingu, widzę zbliżające się z wielką prędkością czarne audi i słyszę huk. Niewyobrażalnie głośny huk.

                      
                                                                                                                 
Mateusz Barański

czwartek, 6 grudnia 2012

Jak zostać raperką, czyli rzecz o Cizi


MC Cizia

Cizia cizią jest tylko z nazwy. W autobusie zaproponowano jej kiedyś zakup dwóch biletów, bo ma grube dupsko. Matka dała jej strasznie głupie imię Józefa. Po babce. Cizia-Józefa po babce ma też wygląd- orli nos, głęboko osadzone oczy. Żadna z niej piękność. Po matce ma skłonność do nadwagi, a po ojcu chęć, by stąd spierdolić. Tylko, że ojciec spierdolił ode mnie i od matki, a ja chcę wyjechać z Łopiennika.. Bo Łopiennik to wieś, zaścianek, totalna porażka. W Łopienniku nie ma miejsca dla MC Cizi (MC to skrót od Master of Ceremony z ang. mistrz ceremonii - w muzyce hip-hop i pokrewnych jest to raper zabawiający publiczność freestylem, często na zaproponowane przez nią tematy).

„Często pierwsza miłość, od kołyski aż do grobu”*1

Najlepsza ziomalka Madzia mówi, że Cizia to niebieski migdał. Bo ciągle zamyślona, rozmarzona. Zaczęła marzyć w 2009. Sąsiad pokazał jej nagrania Paktofoniki i złapała zajawkę (złapać zajawkę- zacząć się czymś pasjonować). Podłączyli jej Internet, wpisała w google POLSKI HIP HOP i się zaczęło. Niekończąca się zajawka, mówi Cizia. Tysiące kawałków, zajebiste brzmienia, a jeszcze tysiące przede mną. Matka pruła się jak stare prześcieradło: - Józka wyłącz te kurwiania! Ja już tego słuchać nie mogę! I wychodziła z domu, a Józka jeszcze głośniej, bo basy mają dawać ostro, tynk ma lecieć ze ścian. I poleciał, jak Cizia powiesiła na cienkiej ścianie plakat Magika z Paktofoniki (tragicznie zmarły raper, legenda psycho rapu), na pinezkę. Pierwsza ofiara złożona w hołdzie dla nowego hobby, bo matka dała jej szlaban na komputer.

„XXXXL, ja mam to, możesz się obawiać, ja nadchodzę jak walec, więc nie stawaj na mojej drodze”*2

Ja sobie nigdy nie dawałam w kaszę pluć. Chyba dmuchać, poprawiam ją. Srać, nie dmuchać, unosi się. Dmuchać to może byle frajer, a na mnie zawsze szła ostra szarża, bo jestem gruba i brzydka, za bardzo szczera. Taka sytuacja, słuchaj. Idę sobie wieczorkiem, jaram szluga na legalu (na legalu, bo ciemno więc nikt nie przyczai i nie wyfrajerzy matce), a tu jakieś przydupasy wrzeszczą: - EEE CIZIAAAA, GDZIE IDZIESZ? Mówię: nie gdzie, tylko dokąd (jestem inteligenta nawet, żeby nie było). Potem dałam jednemu w mordę, a Cizia zostało. Jestem, kurde, Cizia XXL.

Empetrójka

Dwa tysiące dziesiąty, mama znalazła sobie nowego tatusia. Pizduś z niego nie tatuś, galancik taki, przedstawiciel handlowy. I Cizi zrobiło się męga ciężko. Beczałam i beczałam – wspomina. Matka mnie olewała, muzę waliłam na cały regulator to się cieszyła, bo nie było słychać jak się pykają. A pykali się na okrągło, miałam tego dość. Myślałam sobie: ucieknij z domu, zostaw to gówno. No ale jak, tak bez muzyki? Zostawić to wszystko, całą moją miłość? A potem galancik kupił mi emepetrójkę. Pomyślałam: spoko, teraz mogę uciekać. Czekałam na dobry moment, aż któregoś dnia pizduś zabrał walizki i się zwinął. Matka płakała mi w ramię, a ja razem z nią. Tylko że ja ze szczęścia.

Nie w Łopienniku

Był marzec, Cizia odkryła rap podziemie. Nielegale (płyty, które paradoksalnie do nazwy, wcale nie są nielegalne, po prostu nie są objęte prawami autorskimi) ostro namieszały jej w głowie. Kurde, to było dla mnie jak objawienie. Uświadomiłam sobie, że ja tak naprawdę gówno wiedziałam i zresztą nadal wiem o kulturze hiphopowej w Polsce, a na świecie to w ogóle… I przyszła myśl, że ja bym chciała być elementem tej kultury, a nie tylko biernym słuchaczem. Tylko od razu rozkminka  jak  ja to, kurwa, zrobię. Niemożliwe. Nie w moim domu, nie w Łopienniku.

Nie da ci tego ojciec, nie da ci tego matka
Co może dać ci dzisiaj, twa bliska sąsiadka…*3

Jak dasz taki śródtytuł to ci zawalę - Cizia się oburza. Nienawidzę disco polo. Ja się kłócę, że pasuje, ona mówi, że gówno prawda. Ale sąsiad to jej anioł z nieba. Nie powie, jak się nazywa, bo on by chyba tego nie chciał.
Jak jej naszła TA myśl (marzec 2010) to na wakacjach odważyła się mu powiedzieć o swoim pomyśle. Zdziwko go wzięło konkretne (zdziwił się bardzo mocno) - mówi.  Jego kumple z Lublina mają małe przydomowe studio. - No to pracuj – rzucił. – Pisz i pojedziemy. No anioł. 

Ty głupia cipo, chcesz to robić, czy nie?

Napisała "Bez perspektyw" i "Szarość". Poważne, dołujące. Nawija, że nie może znaleźć drogi do szczęścia, ale znalazła coś więcej niż szczęście, bo spełnienie- muzykę. Szarość trochę grafomańska, ale zawzięła się, że to nagra. No i pojechała. W domu rapowała do lustra setki razy, ale jak w Lublinie zobaczyła tych chłopaków, ich głupie uśmieszki i kpinę w oczach, zwątpiła. A potem sobie pomyślałam: ty głupia cipo, chcesz to robić, czy nie? Przestań ryczeć i weź to tłuste dupsko w troki! Popłakała sobie trochę, wzięła dwa buchy z lufki z marihuaną i nawijała, aż plamy potu pod pachami sięgnęły jej pasa.

Propsy, Cizia!

Pierwsze kawałki sąsiad wrzucił na majspejsa. (MySpace – portal dla młodych twórców, gdzie umieszcza się swoje utwory). Ona reklamowała, rozsyłała. Wszystkich z Łopiennika, oprócz Madzi, pominęła. Propsy Cizia! – pisali jej niektórzy (propsy- z ang. proper respect – szacunek, pochwała, docenienie) Inni: jak na laskę, to nieźle. Jeszcze inni: przeciętnie, dziewczyno pracuj nad flow (płynne przejście między wersami, odpowiednie wpasowanie w beat oraz odpowiedni balans głosem. Zazwyczaj świadczy o klasie rapera). Inni: po co ci to? Wdowy (najbardziej znana i jedna z lepszych kobiet raperek) i tak nie przebijesz.
W dupie mam hejterów (osoby które nie potrafią cieszyć się sukcesem kogoś innego, dlatego próbują wytknąć mu wszystkie możliwe błędy) - mówi Cizia. Robię swoje.

A jednak w Łopienniku się dowiedzieli. Jedni się brechtali, inni dawali respekt. Matka się dowiedziała, ale miała to w dupie. Ona ogólnie ma  mnie w dupie, więc żadna nowość. Sąsiad był dumny i dalej mnie motywował. - Pisz, Józka, pisz. Pisz, pisz, pisz. Codziennie mi tak mówił. On robi bity. Dobry z nas duet.

Ja chcę tylko pisać teksty i ogarnąć życie*4

Skończę swoje liceum  i zawijam dupę gdzieś daleko. Warszawa, ewentualnie Lublin.
A teraz nagrywam demo, mogę Ci dać posłuchać, chcesz? Chcę.
           
Niełatwo jest piąć się do góry, gdy nie wierzy w ciebie nikt
Tylko silna wiara w sukces 
doprowadzi cię na szczyt
Zobacz, tutaj jest drabina do nieba
Tylko jeden stopień
Na jeden stopień wejść trzeba
Odważyć się, przełamać ponurą wizję
I marzenia spełniać
Nie teoretycznie…


*1 wers pochodzi z kawałka Eldo Nie pytaj o nią.
*2 wers z utworu Tede Grrrrubas
*refren piosenki Sąsiadka discpolowego zespołu Toples
*4 wers pochodzący z Tak tu jest Poetika

Cztery miesiące po napisaniu tego reportażu sąsiad Józki wyjechał do Anglii. Cizia usunęła swój profil na MySpace i od czasu jego wyjazdu nie nagrywa już swoich utworów. Studiuje zarządzenie i administrację. Nie wiąże przyszłości z muzyką.



Sonia Pliskiewicz

niedziela, 18 listopada 2012

Aj em najlepsza dziunia, tutaj, w klubie.*


Pracujemy w parach, zaczynamy o dwudziestej. Trzy dni wystarczyło, żeby wyrobić sobie renomę. Oprócz mnie i Malwiny* są jeszcze jakieś dwie, ale nie widziałyśmy ich na oczy. Nawet nie wiemy, czy istnieją - wzmiankę o nich szef ucina machnięciem ręki: -Wy jesteście dużo lepsze.


Na rozmowie

Rozmowa o pracę: -Tu chodzi o dobrą zabawę, rock&roll, energię, fun. Nie, nie mam oporów. Nie, nie boję się ludzi. Tak, chętnie spróbuję. Tak, odpowiada mi taka stawka. Tańczenie na barze odpowiada mi trochę mniej, ale tego dowiaduję się dopiero w trakcie pracy. Jestem hostessą jednego ze studenckich klubów w Toruniu - pracuje się łatwo, przyjemnie i bezproblemowo. Wystarczy ładny uśmiech, zgrabne ciało, trochę rozumu. Wystarczy umieć się sztucznie uśmiechać do śmierdzących piwskiem imprezowiczów, sprytnie ukrywać pod odpowiednią sukienką tłuszczyk na brzuchu i pamiętać o butach na zmianę, bo w szpilkach ciężko wytrzymać sześć godzin hostowania.


Na mieście

-Ale  wy też tam będziecie, prawda? - to chyba najczęściej słyszany przez nas tekst. Przez kilka godzin roznosimy ulotki uprawniające do zniżek na alkohol w knajpie. Wieczorne chłody nie są łaskawe dla naszych nóg w rajstopach i kusych kieckach. Zagadujemy, zapraszamy, dajemy ulotkę, wysłuchujemy tekstów: piękne oczy, dasz mi swój numer, a ma pani chłopaka,  bez was tam nie idziemy. Czasem ktoś się wyłamie ze schematu i warknie, żeby go nie robić w ch*ja, on zna takie bajery, przyjdzie, zapłaci, a nas tam nie będzie. Ale my będziemy. Taką mamy pracę.


Przy barze

Pijemy coś na rozgrzanie, oczywiście na koszt firmy. Zginamy odmrożone palce, drepczemy w miejscu. Niewyraźne miny zaraz przemienią się w szerokie uśmiechy, jak za dotknięciem magicznej różdżki. Różdżką jest polecenie szefa: idźcie na parkiet i rozkręćcie imprezę, bo ludzie się nie bawią. Wchodzimy - na parkiecie my dwie i dziwnie skacząca dziewczyna. Żenująca sytuacja - wszyscy się gapią. Party powoli się rozkręca, pijany facet z muskułami wielkości mojej głowy stawia drinki wszystkim dookoła. Głębokim barytonem zagaduje:        -Cześć, jestem Olaf. Co pijesz? Kupuje, odchodzi, zaczepia następną osobę: -Cześć, jestem Olaf. Co pijesz? Ciekawi mnie, co pił Olaf.


Na barze

Wybija godzina konkursu. Ta z dziewczyn, która najbardziej ponętnie zatańczy na barze, może liczyć na darmowego drinka. Dziewczyny się wstydzą, wgapiają w podłogę, popychane przez koleżanki: -No idź, idź! Ja i Malwina jesteśmy pierwszymi "ochotniczkami". Kręcimy biodrami, zalotne minki. W końcu kilka klubowiczek ośmiela się do nas dołączyć. Jedna z nich jest na tyle pijana, że nie kontroluje położenia swojej miniówki - czarne stringi i babciny szew od rajstop ogląda i nagrywa telefonami cały klub. Na wąskim barze szaleją też rozkrzyczane Turczynki z Erasmusa. Wyginamy się, maskując zniesmaczenie. W dodatku przegrywamy z kretesem - obrajstopowany zadek w stringach bardziej wpada w gusta bywalców knajpy, niż nasze podrygi. Premia od szefa osładza nam gorycz porażki. -Widzimy się jutro o dwudziestej. Byłyśmy niesamowite, a może świetne. Nie pamiętam.


W kiblu

Przed wyjściem wpadam do łazienki "ogarnąć" twarz. Kolejka do kabiny raczy mnie jadowitymi spojrzeniami. Pewnie mają mnie za dziwkę rozpaczliwie chcącą zwrócić na siebie uwagę. Trochę podchmielona, za to pełna animuszu:  dziewczyny, z tym tańczeniem na barze... ja tu pracuję. Właściwie nie wiem, co może je to obchodzić, ale wzdychają z ulgą.
Przy wyjściu zataczający się dżentelmen ściąga przede mną czapkę, a mój brak zainteresowania przyjmuje na smutno: ­­‑Chyba jestem pijany... i mało seksowny...



* cytat pochodzi z piosenki zespołu Pewex - Dziunia
* imię bohaterki zmienione
                                                                                                                                                 Skoti

piątek, 16 listopada 2012

Druga twarz


Basia jest dwudziestotrzyletnią dziewczyną. Ma mieszkanie w centrum miasta, rodzinę w Zabrzu i przyjaciół. Jeździ samochodem, zwykłym, nie rzucającym się w oczy. Ciuchy też nie wyróżniają jej z tłumu. Na pierwszy rzut oka – przeciętna dziewczyna. Wiele takich dookoła. W życiu Basi jest jednak coś jeszcze. Praca. Praca właśnie jest tym jednym aspektem, który ją wyróżnia. „W pewnym sensie mogę powiedzieć, że pracuje w obsłudze klienta” – Dziewczyna mówi pewnym siebie głosem. „Mieszkam w Toruniu od 3 lat. Przyjechałam tu na studia, będąc na pierwszym roku mieszkałam w akademiku. Moich rodziców nie było stać na wynajęcie mi mieszkania, nie było ich też stać na to aby zapewnić mi spokojne życie. Od samego początku pobytu tutaj wiedziałam, że będę musiała pracować. Chociaż dorywczo. Na początku roznosiłam ulotki, później chwilę pracowałam jako kelnerka. Po dziś dzień pamiętam tą pracę. To właśnie tam spotkałam swojego pierwszego klienta. Chociaż nie do końca.- Tymi ostatnimi słowami Basia wprowadziła mnie w jeszcze większe zaciekawienie.

„Po pracy jak zwykle zostałam na imprezie w lokalu. Wypiłam kilka drinków, tańczyłam. Przez większość czasu bawiłam się z jednym facetem. Był starszy ode mnie o ładnych kilka lat. Podobał mi się. Gdy zapytał czy pójdę do niego na noc, bez wahania się zgodziłam. Wcześniej taka nie byłam, nie sypiałam z wieloma facetami. A już na pewno z dopiero co poznanymi.” Na twarzy Basi zobaczyłem grymas. „Po nocy z tym facetem myślałam, że będziemy się spotykać. Rano jednak przeżyłam szok! Robert, bo tak miał imię wręczył mi banknot dwustuzłotowy i kazał jak najszybciej zapomnieć o nim.” Kończąc to zdanie zobaczyłem, że w oczach Basi pojawiła się łza. Przez chwilę. Ułamek sekundy. Basia nie jest bardzo atrakcyjną kobietą. Jest klasycznym „średniakiem”, jak powiedzieliby moi koledzy. Obecnie pracuje już w zawodzie. Jednak nie w agencji towarzyskiej. Pracuje jako wolny strzelec. Ogłaszając się na portalach internetowych. Dlaczego tak? „Mam atrakcyjniejsze ceny. Nie muszę oddawać części zysków agencji, która naganiała by mi klientów.” Godzina sam na sam z Basią kosztuje 100zł. Pół godziny dwadzieścia złotych mniej. Noc to już większy wydatek, 1000zł. Po kilku pierwszych dniach pracy, Basia podjęła bardzo ważną decyzję w swoim życiu. Rzuciła studia. „Na początku mówiłam sobie, że to tak na chwilę. Popracuję, odłożę kasę i od nowego roku wznowie studia.” Łatwy zarobek zrobił jednak swoje. Basia nie wróciła na uczelnie od tamtej pory. Od 2,5 lat pracuje jako prostytutka. „Gdzie indziej zarobię w tydzień 4-5 tysięcy złotych?”  Łatwo policzyć, że miesięcznie wychodzi to około 20000zł! Tyle mało kto w Polsce zarabia.

Dziewczyna pracuje zupełnie sama. Nie posiada własnej „burdel mamy” ani żadnych ochroniarzy. „Nie są mi potrzebni. Moi klienci płacą mi z góry. Jak robią problemy to po prostu nie wpuszczam ich do mieszkania.”  Klatka schodowa w bloku, w którym pracuje Basia jest specyficzna. Co dzień w dolnych partiach klatki przesiaduje grupka młodych chłopaków. 20-22 lata, na oko. Pierwszą moją myślą było, że to właśnie oni zabezpieczają dziewczynę. Myliłem się. „My po prostu siedzimy i pijemy piwo. Gdzie mamy to robić? Na dworze już zimno. W domu nie ma miejsca. Starzy ganiają. To siedzimy tu ale jesteśmy grzeczni! Nie pisz przypadkiem, że rozrabiamy!” – rozwój intelektualny tych chłopaków zatrzymał się na etapie szkoły średniej. „Nie dostaliśmy się na studia. Zresztą, po co one w dzisiejszych czasach? Praca? Szukamy, tutaj nie ma za dużo pracy. Za dużo tu Was, wykształciuchów, studentów którzy muszą sobie dorobić. Nas nawet do łopaty nie chcą wziąć.” – zakończył jeden z nich. Nie mają pojęcia o tym, kim jest Basia. A nawet jak wiedzą, to nie chcą nic powiedzieć. Dlaczego? „Nie mieszają się w sprawy mieszkańców. Mają swoje życie, swój mały świat.” Tłumacząc to Basia była zimna jak lód. Nie drążyłem tematu jednak dalej, bo i po co? Gdy siedzieliśmy przy kawie, dziewczyna co chwilę zerkała na zdjęcie. Na zdjęciu para. Ja i moja dziewczyna. W pewnym momencie zauważyłem kolejną łzę w oku Basi. „Nigdy nie byłam w prawdziwym związku. Takim wiesz. Z uczuciem.” Dziewczynie teraz zdarzyło się uronić więcej łez.

Najstarszy zawód świata. Tak, fachowo nazywa się prostytucję. Szybki zarobek i nie wielki wysiłek fizyczny, kuszą młode dziewczyny. Jak z tym walczyć? Skąd w ogóle się biorą takie myśli? Nie każdy przypadek jest taki jak Basi. Często młode dziewczyny uciekające do sprzedawania swojego ciała pochodzą z naprawdę dobrych domów. Gdzie nie brakuje pieniędzy. Czego więc brakuje? Uczuć. „Seks już nigdy nie będzie dla mnie przyjemnością. Zrobiłam w życiu tyle lodów, odbyłam tyle stosunków, że nie wyobrażam sobie aby mogło mi to przynieść kiedyś jakąkolwiek przyjemność. Jestem zdzirą. Wiem o tym. Nie patrz tak na mnie.”  Moje spojrzenie musiało ją zmieszać. Moje oczy były otwarte tak bardzo, że były większe od pięciozłotowej monety. Tym mocnym stwierdzeniem Basia mnie ustrzeliła. Dla mnie, zwyczajnego człowieka seks jest czymś specjalnym. Jest dopełnieniem miłości. Wtedy tak naprawdę zdałem sobie sprawę z kim mam do czynienia. Z kim rozmawiam. Sprzedawanie swojego ciała za pieniądze nigdy nie budziło we mnie większej odrazy. Choć Basia w rozmowie sprawia wrażenie normalnej dziewczyny, to widać że coś ją dręczy. Jedna łza. Druga łza. Zdjęcie w ramce. Moje spojrzenie. Mój pokój.

Tak, zaprosiłem Basię do swojego mieszkania. Stworzyłem atmosferę, w której mogła się otworzyć. Dlaczego? „Anonimowość jest dla mnie najważniejsza. Gdyby ktokolwiek z moich znajomych dowiedział się czym zajmuje się na co dzień nie miałabym już życia. Nie wspominając o rodzinie. Moja praca nie różni się od innych. Odstawiam robotę i dostaje za to wynagrodzenie. Nie małe na dodatek. A że kurwa? Kurwa to też kobieta.” Te słowa dziewczyna wypowiedziała już wyjątkowo cicho. Z kolejną porcją łez w oczach. Basia co raz częściej spoglądała na zegarek. ”Dawno nie spędziłam trzech godzin z jedną osobą.” Dziewczyna była naprawdę zdołowana. Po blisko trzech godzinach, kawie, dwóch herbatach i połowie paczki złotych marlboro Basia wstała. „Przepraszam. Muszę już uciekać, na 18 mam umówionego klienta. Dziękuje Ci, że poprosiłeś o rozmowę. Bardzo mi ona pomogła. Nie skończę z prostytucją, nie teraz.” Ostatnim zdaniem zamknęła moje usta. Dziewczyna wiedziała, że to będzie moje ostatnie pytanie. Otworzyłem Basi drzwi od swojego mieszkania. Wypuściłem. Wzrokiem odprowadziłem do drzwi obok. Do miejsca jej pracy.
                       

                                                                                                                                       Mateusz Barański
                                                                                                          

środa, 14 listopada 2012

Nienarodzony


Ciepłe, jesienne popołudnie. Chwila oddechu. Upragniony powrót do domu. Kilkugodzinna rutyna idzie w zapomnienie. Korki coraz mniejsze. Niczym niezmącony spokój. Nagle ogromny trzask, krzyk, pisk opon, kałuża krwi - utracone życie. Życie, którego nikt już nie zwróci. Chwila nieuwagi. Zawahanie. Spóźniona reakcja. Odebrała to co najcenniejsze.
            "We wtorek jechałam z rodzicami samochodem do szkoły. Miało odbyć się zebranie studniówkowe. Było to koło godziny siedemnastej. Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, ponieważ zapaliło się czerwone światło. Spojrzałam w prawo i zauważyłam młodą kobietę, która zemdlała. Podbiegł do niej mężczyzna, pomógł jej. Kiedy odwróciłam wzrok w lewą stronę zobaczyłam ciężarówkę. Stała po całej długości pasów. Przed leżało ciało kobiety, właściwie jej korpus. Natomiast nogi, całkowicie zmiażdżone, znajdowały się pod kołami tira. Część do pasa leżała już poza przejściem. Na - wnętrzności i mózg, który zobaczyłam jako pierwszy. Po kilku sekundach zjawiła się policja. Zabezpieczyli cały obszar. Kierowca siedział
oszołomiony w samochodzie." - tak relacjonuje Martyna. Naoczny świadek zdarzenia.
Cała sytuacja rozegrała się w poniedziałek, 15 października 2012 roku. Godzina 16:45. Skrzyżowanie ulic Bielska - Jachowicza, Płock. Z niewiadomych przyczyn w alejach Jachowicza pojawił się wyładowany po brzegi 24-tonowy tir. Jest to o tyle dziwne, bo samochody ciężarowe mają bezwzględny zakaz poruszania się w centrum miasta. Auto dojechało do skrzyżowania z ulicą Bielską z zamiarem skrętu w prawo. Kierowca miał zielone światło. Tego samego koloru lampkę mieli piesi przechodzący przez "zebrę" na Bielskiej. Ciężarówka zatrzymała się, by przepuścić przechodniów. Następnie ruszyła. Pech chciał, że w tym samym momencie na przejście weszła młoda, bo zaledwie 32-letnia, kobieta. Kierowca DAF-a nie miał najmniejszych szans, żeby ją dostrzec, gdyż przechodziła tuż przed jego maską. Kabina w tego typu autach znajduje się wysoko. Kolos zahaczył o nią lewą stroną, wciągając pod przednie koło. Samochód po prostu przejechał po kruchym ciele. Co gorsza! Kierowca nie zauważył faktu, że coś jest nie tak i kontynuował jazdę. Zatrzymał się dopiero, gdy ludzie w przerażeniu zaczęli krzyczeć i biegli w stronę kabiny. Do tego czasu przejechał jeszcze kilka metrów ze zmiażdżoną dziewczyną pod kołami. Ciało zostało dosłownie rozerwane na strzępy. Nie miała szans. Chwilę później zjawiły się służby specjalne, otoczyły płachtą całe miejsce zdarzenia. Ciało było w takim stanie, że zarówno policja jak i straż przez kilka godzin nie była w stanie wydobyć go spod kół. Kolejny świadek, Dawid, relacjonuje to w ten sposób: "Kiedy dotarłem na miejsce stała już policja. Funkcjonariusze działali w pośpiechu. Zasłaniali cały obszar parawanami. Następnie zablokowali ulicę. Wokół tłum gapiów, tak samo ciekawskich jak ja - tym - co się tu zdarzyło. Zacząłem dokładnie się przyglądać. Zauważyłem, że coś jest pod tirem. Z opowiadań dowiedziałem się, że była to kobieta. Podchodząc trochę bliżej zobaczyłem masę krwi. Wnętrzności leżały na ulicy. To była jakaś totalna maskara! Policjanci wchodzili pod samochód, badali co i jak. Chwilę później przyjechała ekipa z zakładu pogrzebowego. Zaczęli zbierać szczątki. Kierowca musiał ruszać do przodu i cofać by móc wyciągnąć pozostałości po kobiecie. Całe oględziny trwały półtorej godziny. Z tego co mówili ludzie wywnioskowałem, że kobieta miała czerwone światło i chciała szybko przebiec przez ulicę. Szczerze? Nie wydaje mi się. To raczej kierowca zawinił. Zwyczajnie jej nie zauważył. A kiedy spostrzegł, że jest na pasach nie zdążył zareagować."
            W mieście zawrzało. Tir nie miał prawa tam się znaleźć. Ludzie alarmują: "Kierowcy ciężarówek w nosie mają zakazy. Policja ich nie kontroluje. Czy w końcu ktoś zwróci uwagę, że tiry terroryzują miasto?" - mówi jeden z mieszkańców Płocka.
Jedno jest pewne! Gdyby tira tam nie było, nie byłoby też tragedii. Tak się składa, że ciężarówki faktycznie nie powinno tam być. Samochody o takiej masie mają bezwzględny zakaz poruszania się w centrum miasta. Rodzi się pytanie: dlaczego auto pojawiło się w tym miejscu? Odpowiedź jest prosta. Tiry jeżdżą jak chcą a policja nic z tym nie robi. Kierowcy, w jak najprostszy, najszybszy sposób chcą pokonać trasę. Nie zważają na zakazy. Czasem lepiej zapłacić kilka stówek mandatu, niż nadrabiać masę kilometrów. Jednak Płock jest miastem o ogromnej sieci monitoringowej. Dlaczego tego nie wykorzystuje? Dobre pytanie...
"Tak, kierowca ciężarówki, pod której kołami zginęła piesza, nie miała prawa znaleźć się w centrum. Niezależnie od rozstrzygnięcia w sprawie wypadku, odpowie za złamanie tego zakazu" - przyznaje rzecznik płockiej policji Krzysztof Piasek. Odpiera jednak zarzuty płocczan w sprawie tirów. Zapewnia, że w komendzie problem znają i ciężarówki przejeżdżające przez miasto sprawdzają. - "Okazuje się, że większość z nich ma prawo wjechać. Zmierzają do Orlenu albo innej płockiej firmy, albo z nich wyjeżdżają. A te, które do miasta nie miały prawa wjechać, karzemy z całą surowością." Jak widać niedokładnie. Tiry jeżdżą po mieście jak po własnym ranczu. My widzimy tego skutki - niewinna osoba ginie przez bezmyślność służb.
            Tak naprawdę na wypadek składa się cała masa czynników. Po pierwsze policja, która pozwoliła 24-tonowej, wyładowanej po brzegi ciężarówce wjechać do samego centrum miasta. Winny jest też kierowca, który nie zachował należytej ostrożności. I niestety, ale winna jest też sama kobieta. Bo nie ukrywajmy, piesi nie są święci. Niektórym wydaje się, że gdy jest zapalone zielone światło można z pełnym zaufaniem wejść na ulicę, a w razie czego samochód wyhamuje w mgnieniu oka. Prawda jest taka, że należy mieć oczy dookoła głowy i zachować pełną ostrożność przy przechodzeniu przez pasy. Rozejrzyjmy się kilka razy. To tak niewiele a może uratować nam życie. I nie tylko nasze ale też innych. Dlaczego tak mówię? Bo kobieta ta była w 8 miesiącu ciąży - zginęły dwie osoby, nie jedna.
                                                                                                                              
Łukasz Matusiak

wtorek, 13 listopada 2012

Marsz Nieporadności


Tegoroczny Marsz Niepodległości po raz kolejny obnażył słabości państwa Polskiego. Setki rozbitych szyb, palące się radiowozy, masa rannych osób. Warszawa stała się areną walk politycznych na dobre kilka godzin. Zamiast uczczenia tego niezmiernie ważnego święta, jak zwykle dajemy ponieść się emocjom. Wojnę polsko-polską obserwowała cała Europa. Czy nie dało się temu zapobiec? Kto winny jest danej sytuacji? Czy dorośliśmy do demokracji?

Niespokojne przygotowania.
           
 Przygotowania do Marszu Niepodległości rozpoczęły się na kilka miesięcy przed jego początkiem. Największą popularnością cieszył się pochód organizowany przez Młodzież Wszechpolską. Chęć uczestnictwa w tym marszu zapowiedziało kilkanaście tysięcy osób z całej Polski. Wśród nich spora grupa kibiców drużyn piłkarskich. Marsz Niepodległości 2012 czas zacząć. Niestety już od rana dochodziły głosy o cofaniu autokarów z różnej części kraju. Na pochód nie dojechało wiele osób m.in. z Łodzi, Białegostoku, czy Krakowa. Swoje ciekawe przygody mieli także ludzie z miasta Torunia i jego okolic. „Na marsz wyjechaliśmy o 8. Jedziemy dwunastoosobowym busem. Po drodze spotykamy resztę ludzi z Torunia. Co postój podchodzi do nas dwóch starszych nieumundurowanych policjantów i pyta o powrotną drogę.”– mówi Marek z Pigży. Dziewiętnastolatek był wyraźnie zniesmaczony zachowaniem policji.

Marsz. Czas. Start!

            Marsz organizowany przez Młodzież Wszechpolską rusza o 15:30. Miejscem zbiórki było rondo im. Romana Dmowskiego na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i ulicy Marszałkowskiej. Start z niewiadomych przyczyn opóźnił się o pół godziny. Od samego początku słychać pogłoski, o przyszłych starciach z organizacją Antifa. Członkowie tej grupy przyjechali do Polski głównie z Francji i Wielkiej Brytanii. Po stronie Marszu Niepodległości stoją zaś Włosi, Czesi oraz Węgrzy. Wokół uczestników pochodu można zobaczyć niezliczoną ilość radiowozów. Nad porządkiem próbują panować oddziały policji z całej Polski. Tłum śpiewa Rotę, a niebo staje się co raz bardziej czerwone od rac.

Prowokacja za prowokacją.

            Mija niecałe 10 minut marszu. Niestety zaczyna być niebezpiecznie. Spora grupa zamaskowanych mężczyzn rozpoczyna bieg w stronę kordonu policji. W ruch idą race, kamienie oraz kosze na śmieci. Policja szybko próbuje oddzielić agresywną grupę od reszty marszu. Wszystko jednak wydaje się dosyć podejrzane. Wśród uczestników marszu szybko rozchodzą się informacje o rzekomej prowokacji. Kilkunastoosobowa grupa chuliganów nawet nie została wylegitymowana. Spod kurtek atakujących wyraźnie widać odznaki i bluzy z napisem „policja”. Ponadto tłum wyraźnie widzi jak dwóch funkcjonariuszy podpala swój radiowóz. Podobno celem było uzyskanie większego odszkodowania. Ludzie są zszokowani tym co widzą. Niestety to dopiero początek awantur. Z środka tłumu wyłania się kilkusetosobowa grupa mężczyzn. Łatwo rozpoznać, że są to kibice różnych drużyn piłkarskich. Obok siebie stoją fani m.in. Legii Warszawa, Lech Poznań, Górnika Zabrze i Arki Gdynia. Wygląda to dosyć dziwnie, ponieważ kibice tych zespołów nie przepadają za sobą. Poruszeni wszelkiego rodzaju prowokacjami atakują radiowozy policyjne. Oddziały nie dają sobie rady. Szybko widać odwrót samochodów. Na jednym z nich można zobaczyć osobę, która skacze po dachu jednego z radiowozów. Policja szybko wstrzymuje marsz, a chuligani wracają do tłumu. Jeszcze emocje nie opadły, a mundurowi puszczają gaz łzawiący. Nie odbyło się bez bicia pierwszych lepszych osób uczestniczących w marszu. Sytuacja po kilkudziesięciu minutach została opanowana.

Przede wszystkim spokój.

            Gorąca atmosfera Dnia Niepodległości udzieliła się większości społeczeństwa, które zawitało do Warszawy. Po kilkunastominutowym spokoju, groźba przerwania marszu, nie była już realna. Policja zezwoliła na kontynuowanie wyznaczonej trasy. Jego dalsza część przebiegała w sposób pokojowy. W oddali słychać było okrzyki: „Cześć i Chwała Bohaterom”,” Polska Biało-Czerwoni” oraz „Tylko Polska Narodowa”. Marsz zakończył się pod pomnikiem Romana Dmowskiego. Większość ludzi rozeszła się do domów.

Co by było, gdyby…

            Marsz Narodowców pod hasłem „Odzyskajmy Polskę” zakończył się około godziny 17:30. Udowodnił nam on, że jesteśmy tylko nastoletnim demokratycznym państwem. Czy kilka tak wielkich marszów jednego dnia, to nie za dużo? Kto odpowie za szkody i czy na pewno karę poniosą winni? Ania, uczestniczka marszu mówi: „Może i nie było do końca bezpiecznie. Jednak mogło być dużo gorzej. Chodziły plotki, o prawdopodobnych starciach między agresywnymi uczestnikami marszu, a grupą Antifa. Ci drudzy to ludzie, którzy mieli nakaz mieć przy sobie białą kominiarkę i nóż”. Takie wypowiedzi mrożą krew w żyłach. Co by było, gdyby doszło do starcia obydwu grup?

                                                                                                              
 Tomasz Beczak

sobota, 3 listopada 2012

Zawód Cap



Zepchnięci na margines. Brudasy, śmierdziele, capy, obdartusy, menele... Władcy osiedlowych kontenerów, królowie pojemników na szkło i plastik. Jak stare psy ze skołtuniałą sierścią i parchatą mordą. Psy, których się nie dotyka i na które się nie patrzy.


Dziesięć groszy za kilogram

         Jurek wie, że śmierdzi. -Ale co ja mam z tym zrobić, jak się mogę w miarę porządnie umyć tylko raz w tygodniu, a i to nie zawsze? Czemu tylko raz? -No bo woda to kosztuje trochę za dużo. Ledwo mu na chleb wystarcza, to niestety trzeba sobie niektórych rzeczy odmawiać.
Jurek ma mętny wzrok, ale nie jest to wzrok pijaka. Raczej człowieka przygniecionego życiem. Ma rękawiczki bez palców, czarne obwódki za paznokciami i kilka krzywych, żółtych zębów, jak przystało na stuprocentowego menela. Jednak menelem nie jest.
–To jest krzywdzące dla mnie- mówi. Wszyscy myślą, że biedny człowiek to zaraz musi chlać jak świnia. Ja bym może i chlał, bo w sumie co mi zostało. Ale wódką pustego brzucha nie zapełnię. Bo widzi pani, ja to już nic nie mam. Nie mam żony, nie mam dzieci. Nigdy nie miałem. Ale ja już naprawdę mało pamiętam. Ja tylko wiem to, co jest teraz. A teraz, to ja nie jestem zadowolony, że jestem taki Jurek-śmieciarz.
         Jurek-śmieciarz pozwala mi patrzeć, jak wykonuje swoją pracę. Grzebie w kontenerze powoli, rozrywa palcami worki, czasem krzywi się paskudnie: - Wstręt jest zawsze. Ja nie znam nikogo, kto by się nie skrzywił jakby miał wąchać zepsute mięso albo usrane pampersy. Kiedyś zbierałem makulaturę...Nie, teraz już nie zbieram, proszę pani dziesięć groszy za kilogram, to skandal jest! Ja się napocę, żeby na drugi koniec miasta to wszystko zawieźć na wózku, a oni mi dają złotówkę z groszami... No, ale jak zbierałem, to kiedyś nie przyuważyło mi się i tam między gazetami był właśnie taki zasrany pampers i dopiero w skupie to zauważyłem, to się zacząłem tak śmiać, że prawie płakałem, pan tylko ze skupu nie za bardzo był zadowolony. To było takie najśmieszniejsze, co mnie spotkało od długiego czasu.

Ja nie płaczę, ale sama pani widzi jak jest...

         Czarna kurtka, brązowe trepy, czapka nasunięta na czubek głowy, rękawiczki- tym razem z palcami. Przetrząsa śmietnik z dużym znawstwem, ale ma niezgrabne ręce, co raz wyślizguje mu się coś z rąk, klnie.
-Puszki zbieram, a co mam zbierać? Butelki szklane, złom, jakieś różne rzeczy co się mogą przydać w domu. Po co to pani wiedzieć? Do jakiejś gazety, to ja się nie zgadzam. No, jak do szkoły, to mogę. Nie wiem, co mam o sobie powiedzieć. Nazywam się Marek, ale nazwiska pani nie podam. Pani się tak nie patrzy na mnie dziwnie, dobrze? Ja sobie poszukam, a pani może się coś pytać, bo tak sam z siebie to ja nie umiem mówić. No mam żonę i mam dziecko, syna. Trzy lata ma. No, jestem na zasiłku. Kiedyś pracowałem w warsztacie samochodowym, no ale tego warsztatu już nie ma i ja zostałem bez pracy. No, coś tam szukam, ale to nie tak ławo, pani to jeszcze młoda, to nie wie. A ja mam dziecko małe, w coś je trzeba ubrać, coś jeść przecież muszę mieć. Żona to już nawet się mnie nie pyta, kiedy będzie mogła sobie coś nowego kupić. Ona nie ma żadnych swoich pieniędzy, ma tylko starą matkę na rencinie, jeszcze jej pomagać musimy. Ja to się chwytam już wszystkiego jak mogę, ulotki roznoszę, no po prostu wszystko, co się nawinie. Nie, ja nie płaczę, no ale sama pani widzi jak jest, człowiek tyra jak osioł i nic z tego nie ma, ja nawet nie mam za co synkowi kupić zabawki nowej, czasem jak ludzie coś zostawią pod śmietnikiem to zabieram dla niego. Książeczki lubi... Pani zostawiała tu książeczki? A to pani bloku śmietnik, tak? A no, to może jakieś ma od pani. To fajne by było takie, nie? Że tak się złożyło.
         „Się złożyło”, że akurat Marek jechał do skupu złomu. Jechaliśmy podmiejskim, ja w fioletowym płaszczyku i eleganckich kozaczkach, on nieogolony, z wielką torbą na kolanach. Ludzie patrzyli się na nas dosyć dziwnie, ale nie robiło to na nim wrażenia.         –Wszystko kwestia przyzwyczajenia- wygłosił ze stoickim spokojem. –Bieda też? -Też (ale głos mu drży).
         2 kilo puszek aluminiowych- 5 złotych 20 groszy. Za półkilogramowy kawałek żółtego mosiądzu- 5 złotych i 12 groszy.
Pięć kilo „cienkiej” stali- 2 złote pięćdziesiąt groszy. Razem 12 złotych i 82 grosze. Na dwa chleby, margarynę, pasztetową i kawałek mięsa w „Biedronce”. Na obiad, kolację i śniadanie następnego dnia...
Nie chce wziąć ode mnie makaronów, kiełbasy, schabu, słodyczy dla dziecka. Wciskam mu to wszystko na siłę. Tłumaczy się, przeprasza, że sprawił kłopot.
Niech pan to traktuje jako honorarium - mówię.

Kocia Mama

         Jest pomarszczona jak suszona morela, garbi się jak Quasimodo, a o sobie mówi kocia mama, bez imienia.
-Kocham je. Co one by beze mnie zrobiły? Nie upokarza mnie to, że muszę grzebać w śmietnikach, żeby je nakarmić. Najgorsze jest to, jacy ludzi się okropni dla mnie. Krzyczą, przeganiają ze śmietników nawet...
Dostaję zasiłek i... tylko tyle. A ja już tak mam od małego, że kocham zwierzęta i nie mogę patrzeć jak się je krzywdzi. Najpierw miałam dwa koty, potem przygarniałam takie brudaski z ulicy... One są lepsze niż ludzie, bo czują jaki człowiek jest naprawdę. A ja przecież nikomu krzywdy nie robię, chcę dobrze dla nich, bo nie mam nikogo, żebym mogła o niego dbać. Wnuka znam tylko ze zdjęć. Ech, stara już jestem. Pomoże mi pani to do domu zanieść? Niedaleko mieszkam.

Wyjście ze śmietnika

Kobieta z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej: - My udzielamy pomocy tylko doraźnie. Takie osoby mogą przyjść do nas i otrzymać żywność, środki czystości. Pomagamy w znalezieniu pracy, mieszkania. Doradzamy jak starać się o odpowiednie świadczenia pieniężne. Jeżeli chodzi o zatrudnienie... Rynek pracy w  małych miastach nie stwarza za wielu możliwości. Ale „jakaś” praca zawsze się znajdzie. Trzeba tylko chcieć.
Kocia Mama: -Praca to już nie dla mnie. Kiedyś pracowałam jako sekretarka, ale teraz bardzo źle widzę i nie umiem się obsługiwać tymi komputerami i faksami. Zresztą, kto by się zajął moimi kotkami...?
Jurek: -Ja bym mógł gdzieś pracować. No ale kto mnie przyjmie, proszę pani... Przecież ja nie jestem młodzieniaszkiem, łopaty do rąk nie wezmę... No a co innego jak nie łopata. Ja nie mam wykształcenia.
Marek nie marzy o niczym innym, jak o stałym zatrudnieniu. Ale na mechaników na razie nie ma zapotrzebowania.

Porzucenie życia śmieciarza nie jest łatwe. „Capy” to najczęściej ludzie starzy, bez nadziei i siły na lepsze jutro. Czasem bardziej niż pieniędzy potrzebują drugiego człowieka. Kilku dobrych słów, wsparcia.                                 
-Jedyne wyjście na wyjście ze śmietnika, to... szukać wyjścia.
Ja nie szukam. Nie mam po co. – Wioletta, czyli kocia mama.
                                                                                                               Sonia Plisikiewicz